Michał Piwoszczuk I Pułk czołgów w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.

Michał Piwoszczuk

I Pułk Czołgów w wojnie polsko-bolszewickiej

1920 roku

Pamiętam, że moim ulubionym zajęciem z okresu dzieciństwa, które spędzałem wśród wykopów, powstającego z wielkiej płyty osiedla, była zabawa w czterech pancernych. Nas wprawdzie było trzech tzn. ja, czyli Gustlik mój serdeczny kolega, czyli Janek i jego młodszy, czarniawy brat, który z automatu został Grigorijem, ale to nie przeszkadzało nam wyobrażać sobie, że jest jeszcze ten czwarty, Tomek Czereśniak. No i sympatie do dziewczyn były pomieszane, bo Gustlik kochał się w Marusi, a Janek w Lidce. Potem, kiedy przez chwilę myślałem o szkole oficerskiej, najbardziej chciałem właśnie iść do pancerniaków, być może zostać dowódcą czołgu. Nic z tego nie wyszło, plany się zmieniły. Ale sympatia do współczesnej kawalerii pozostała.

Dzisiaj pragnę skreślić kilka słów o książce napisanej przez majora Michała Piwoszczuka, jednego z pierwszych polskich pancerniaków, w całości poświęconej walkom czołgów na wciąż zbyt mało znanym szerszej publiczności – i w Polsce i za granicą – froncie wojny z bolszewicka Rosją w roku 1920.

Zanim jednak przejdziemy do meritum, zadajmy jeszcze kilka pytań. Ile koni mechanicznych ma przeciętny współczesny samochód? Myślę, że 70/80 KM to standard. Jaką szybkość osiąga obecnie tak wolny pojazd, jak np. drogowy walec? Tak gdzieś 9,5 – 10 km/h. Jaki zasięg ma nowoczesny traktor? Sprawdziłem – około 50 kilometrów.

A teraz wyobraźmy sobie czołg Renault FT-17, jedną z najnowocześniejszych konstrukcji I wojny światowej, dumę francuskiej myśli technicznej. Moc czterocylindrowego silnika 35 KM, zasięg 34,5 kilometra, maksymalna prędkość (na szosie) 7,7 km/h. Ponadto dodajmy, że czołg ten miał pancerz 16mm, wysoki był na 2,13m, szeroki na 1,71m, długi na 5 m. Uzbrojony był w karabin maszynowy Hotchkiss kalibru 7,92mm, lub armatę Puteaux kaliber 37 mm. Obsługiwała go dwuosobowa załoga, kierowca i strzelec. Jako pierwszy czołg w historii posiadał wieżę mogącą obracać się o 360 stopni.

Pewnie u wielu współczesnych pancerniaków dane te wywołują uśmiech politowania. A jednak… Był to czołg siejący postrach na polach bitew od końca I wojny światowej przez wiele jeszcze lat, zanim nie wynaleziono ręcznych granatów przeciwpancernych, karabinów przeciwpancernych, granatników, czy pancerzownic. Czołgi Renault FT-17 mogły bez większego zagrożenia wbijać się w piechotę lub kawalerię przeciwnika, który nie był w stanie zagrozić im przy użyciu posiadanej broni ręcznej. Jedynie działa odpowiedniego kalibru mogły powstrzymać atak czołgowy. Dlatego była to broń tak straszna, szczególnie w okresie kiedy nie potrafiono skutecznie z nią walczyć.

Trzeba przyznać, że odradzająca się po okresie zaborów Rzeczpospolita Polska miała dużo szczęścia. Wiele splotów okoliczności pomogło w odbudowaniu państwowości polskiej, jak i też w późniejszym jej utrzymaniu. Do najważniejszych należał fakt, że u schyłku wojny, w roku 1917, z inicjatywy kilku polityków, a przede wszystkim Romana Dmowskiego utworzona została we Francji Armia Polska, nazywana od koloru francuskich mundurów Błęktną lub Armią Hallera od nazwiska jej polskiego dowódcy, generała Józefa Hallera. Armia ta – ok. 100.000 ludzi – nigdy nie użyta na frontach wojny, w pełnym stanie i z pełnym uzbrojeniem przerzucona została do Polski. To Armia Hallera, jako trzon młodych sił zbrojnych RP de facto obroniła nasz kraj, ale też i Europę przed kolejną zawieruchą. W skład tej armii wchodziły różne formacje, w tym I pułk czołgów.

Szlak bojowy I pułku czołgów podczas wojny polsko-bolszewickiej w roku 1920 opisał major Michał Piwoszczuk, będący podczas tychże działań dowódcą kompanii 5 w stopniu porucznika. To bardzo ciekawa postać, przykład Polaka, który przebył dwie wojny, aby w końcu zostać odstawiony na bocznicę przez władzę ludową. Urodził się w roku 1893 w Popowicach, powiat Zaleszczyki. W pierwszych latach I wojny służył w piechocie, jako dowódca plutonu. Uczestniczył w walkach z Rosjanami w Karpatach. Dostał się do niewoli, w której przebywał do końca 1917 roku. Po wyjściu z niewoli, ukończył oficerski kurs doszkalający, a następnie objął dowództwo plutonu szturmowego w 36.pułku strzelców austriackich. Walczy na froncie włoskim, gdzie ponownie dostaje się do niewoli. Wychodzi dopiero w grudniu 1918 roku. W tym czasie już rozpoczyna się tworzenie Armii Polskiej Hallera. Na wieść o tym Piwoszczuk przedostaje się do Francji i zgłasza się do służby z końcem kwietnia 1919 roku. Przydzielony zostaje do tworzącego się pułku czołgów, przechodzi odpowiednie szkolenia i wraz z armią przybywa do kraju. Bierze udział w wojnie polsko-bolszewickiej , jako dowódca kompanii, w stopniu porucznika. Zostanie odznaczony krzyżem Vvirtuti Militari za obronę Grodna. Po wojnie pozostaje w armii, która potrzebuje fachowców od broni pancernej. W 1937 zostanie dowódcą 10. baonu pancernego, zaś od marca 1939 awansowany zostanie na podpułkownika. W kampanii wrześniowej walczy w strukturach Armii „Modlin”, jako dowódca broni pancernej, na mocy kapitulacji z dnia 26 września dostaje się do niemieckiej niewoli. Do roku 1945 przebywa w Offlagu VII Murnau. Po wojnie zgłasza się do macierzystej jednostki, ale władza ludowa już go nie chce. Przeniesiony zostaje do rezerwy. Zamieszkuje w Łodzi i tam umiera w 1974 roku. Wspomnienia z wojny polsko-bolszewickiej napisał z polecania Wojskowego Biura Historycznego w roku 1935.

Piwoszczuk wyjawia, że pierwszymi oficerami w I pułku czołgów byli Francuzi. Dopiero z czasem, w przeciągu dwóch lat wyszkolona została kadra polska. Pułk składał się z siedmiu kompanii plus sekcja remontowo-transportowa. Kompanie dzieliły się na plutony, po pięć maszyn każdy. Każda kompania posiadała własną sekcję remontową, co podkreślam, bowiem fachowcy potrafiący szybko uporać się z usterką, często okazywali się zbawieniem na polu walki.

Ogółem wszystkich czołgów posiadał I pułk 120. Nigdy jednak nie walczyły one w tej sile w tym samym miejscu. Rzucane były na front, zazwyczaj kompaniami, jako najcenniejsze obok lotnictwa wsparcie dla działań piechoty. Często to właśnie nagły atak czołgów ratował inne oddziały przed całkowitym rozgromieniem. A jak wspominałem wcześniej formacje przeciwnika nie posiadające artylerii były bezradne w starciu z „tankami”.

Często dochodzi do scen, takich, jak te, które wydarzyły się podczas wycofywania się polskiej armii pod naporem kawalerii Budionnego. W gęstym zbożu, osamotnione czołgi, obskakiwane były przez rosyjskich kawalerzystów, którzy bezsilnie walili szablami lub kolbami karabinów po pancerzu, wzywając załogę do poddania się. Ale nic ponadto zrobić nie mogli. Czołgi wycofywały się więc spokojnie, ostrzeliwując się z karabinów, lub armatek.

Ale czołgi nie tylko walczyły, jako samodzielne jednostki bojowe. Często ładowane były na wagony platformy, ażeby stworzyć rodzaj pociągu pancernego lub wesprzeć autentyczny pociąg. Bardzo często wykorzystywano w ten sposób uszkodzone maszyny.

Największy mój podziw wzbudzały opisy, kiedy czołgiści wyskakiwali z uszkodzonego wozu i naprawiali go pod ogniem nieprzyjaciela. Jak tego dokonywali, nie wiem, ale jasnym jest, iż każdy musiał być równocześnie znakomitym mechanikiem. Częściej dochodziło też do sytuacji, kiedy kilka czołgów broniło czołgu, który był właśnie naprawiany na polu walki, przy czym koledzy z innych maszyn także pomagali w naprawie. Kiedy czołgu nie można było uruchomić, brano go na hol. To w oczywisty sposób spowalniało działania pozostałych, dochodziło też do sytuacji kiedy osamotnione maszyny wlokły się do swoich pozycji, wciąż jednak broniąc się przed atakami wroga.

Czołgi I pułku brały udział w ofensywie na froncie Litewsko-Białoruskim, np. pod Bobrujskiem, następnie w walkach obronnych na Ukrainie, gdzie biły się w licznych starcia (np. Lipowiec, Serbinowce, Mikulice, Lwów), aż w końcu w bitwie warszawskiej. Początkowo marszałek Piłsudzki planował zebrać pod Warszawą wszystkie czołgi i przeprowadzić kontrofensywę całym pułkiem. Byłby to z pewnością atak straszny w skutkach dla Rosjan, niestety ze względów operacyjnych nie udało się tego planu wprowadzić w życie. Czołgi znów musiały walczyć podzielone na kompanie, często pełniąc funkcję pociągu pancernego. Szlak bojowy pancerniaków Hallera wiedzie od Warszawy poprzez Okuniew, Radzymin, Białystok, Sokółkę do Grodna i Wilna z jednej strony, z drugiej na Łomżę i Ciechanów, aż do Mławy. Czołgiści walczą ofiarnie i bohatersko, o czym świadczy ilość odznaczonych krzyżem wojennym Virtuti Militari V klasy. Było ich aż 32. Z drugiej strony, jak na tak zaciekłe walki, których opisy czytamy u Piwoszczuka, straty pułku są bardzo małe. Zginęło zaledwie czterech żołnierzy. Świadczy to o tym, jak wielką osłoną był dla ówczesnych karabinów piechoty pancerz grubości 16mm i jak wielki respekt wzbudzały czołgi.

Czołgi Renaut FT-17 służyły w wojsku polskim aż do 1939 roku. Oczywiście w owym czasie była to już maszyna przestarzała. Wykorzystywano częściej jej elementy, jako drezyny, albo części pociągów pancernych. Niemniej wciąż jeszcze służyła, niestety nie tylko Polakom. W 1944 roku, z braku innego uzbrojenia, wykorzystali go także Niemcy w walkach o Paryż i inne miasta zachodniej Europy. W 2003 roku w Afganistanie odnaleziono czołg, który służył w wojsku polskim w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Była to prawdopodobnie jedna z niewielu porzuconych przez załogę maszyn, którą przejęli Rosjanie, a następnie, po wyremontowaniu podarowali Afgańczykom.

Książka majora Michała Piwoszczuka została obecnie wydana przez krakowskie Wydawnictwo Cztery Strony. Tradycyjnie, staranne wydanie i redakcja doświadczonego zespołu daje gwarancję na otrzymanie dobrej jakościowo publikacji. (w stopce redakcyjnej widzimy nazwisko znakomitego publicysty historycznego Piotra Korczyńskiego) Dodatkowo stronę graficzną uświetniają, zadziwiająco realistyczne tym razem, rysunki Tomasza Bohajedyna oraz autentyczne zdjęcia, zarówno czołgów, jak i samego majora Piwoszczuka, które redakcja otrzymała od jego potomków. Choć styl narracji, bardzo zwięzły, żołnierski, nasycony terminologią wojskowa z owych czasów, może okazać się nie dla wszystkich strawny, książkę należy bezwzględnie polecić wszystkim historykom wojskowości, pasjonatom z grup rekonstrukcyjnych, wielbicielom starej motoryzacji bibliotekom uczelnianym, a także chcącym podszkolić się w historii żołnierzom, szczególnie zaś pancerniakom. Myślę, że dla wszystkich tych panów ( a być może i pań?) książka „I Pułk czołgów w wojnie polsko-bolszewickiej 1920” może okazać się bardzo dobrym prezentem pod choinkę.

 

 

Piotr W.Lech

 

okl-pulk-czolgow-214x300

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.